Ugluk żwawym krokiem wychodził na wzgórze, a miedziana taca pobrzękiwała w jego dłoniach, gdy zawadzał stopami o kolejne wystające kamienie. Zaczynało się powoli rozwidniać. Pojedyncze promienie słońca przebijały się przez gęstą mgłę, odrobinę rozjaśniając mu widok. Tu i ówdzie natknął się na kępę pożółkłej trawy pokrytej poranną rosą, ale na ścieżce do warowni zdecydowanie przeważał piach i brunatna, błotnista ziemia.
Jego buty przystanęły na chwilę przed masywną, czarną bramą. Strażnik łypnął na niego okiem spod spiczastego hełmu i stwierdzając, że Ugluk jest jednym z nich, przepuścił Go przez jej wrota, zaraz potem zamykając ją z metalowym zgrzytem.
Warownia od środka nie była już tak dobrze oświetlona. Wprawdzie gdzieniegdzie rozmieszczono pochodnie, ale płomień ledwo tlił się na ich zwęglonych paleniskach, dając naprawdę niewiele blasku.
Ugluk skierował się na prawo, mijając całkiem pokaźną grupkę orków grających w kości o kolejne nic nie warte śmieci.
Jednym ruchem otworzył zniszczone przez czas drewniane drzwi i wszedł do lochów, witając się z Orgafem, polerującym swój zakrzywiony miecz. Orgaf odpowiedział mu skinieniem głowy i szerokim, paskudnym uśmiechem, w którym brakowało niektórych zębów.
- Co tam dziś mamy, huh? - zapytał, chowając miecz do pochwy wiszącej przy jego pasie. - Kolejna porcja dla tego elfickiego ścierwa? - w półmroku jego uśmiech wyglądał jeszcze upiorniej niż zwykle. Ugluk popatrzył krytycznie na kromkę czerstwego chleba i odrobinę wody w szklanym flakoniku. Określenie "porcja" nie wydawało się być adekwatne do tej sytuacji.
- Coś w tym stylu - odparł szorstko, chwytając za pochodnię przy wejściu i ruszając głębiej korytarzem, podczas gdy Orgaf wrócił do przerwanej wcześniej czynności, mamrocząc coś pod nosem o elfach, ludziach i innych przeklętych rasach Śródziemia.
Blask ognia płonącego na pochodni oświetlał kolejne mijane cele. Pomimo ciepła, jakie dawał, ich wnętrza wydawały się być przesiąkniętę chłodem w każdym możliwym kącie. Błagalne chude dłonie co chwilę wychylały się zza metalowych krat, niemo błagając o ten poczerniały podpłomyk na tacy Ugluka; Ork jednak skutecznie odtrącał ręce, na których już dawno obwisła pomarszczona skóra, a więźniowie nie mieli nawet siły, by mu się przeciwstawić.
W akompaniamencie przeciągłych jęków dotarł wreszcie na sam koniec korytarza. Strop był tutaj odrobinę niższy, więc Ugluk musiał się nieznacznie schylić. Przeźroczyste krople wody powoli skapywały z przeciekającego sufitu, przez co ork nieuważnie wszedł do rozległej kałuży, klnąc przy tym siarczyście i otrzepując mokre podeszwy.
- Przeklęta woda - warknął, kładąc tacę na pobliskim kamieniu.
W blasku pochodni w mroku ostatniej celi zamajaczyły dwa jasne punkciki.
- Obyś tym razem zechciał gadać - splunął gniewnie Ugluk, otwierając klatkę za pomocą kluczyka zawieszonego przy samej szyi. - Pan nie będzie już dłużej czekał aż łaskawie otworzysz gębę.
Pochwycił tacę i podetknął ją więźniowi pod nos, wpatrując się w jego nieugiętą twarz, oszpeconą potężną blizną od skroni aż po brodę. - No, bierz!
Smukłe palce szybko pochwyciły kawałek chleba, który po chwili zniknął w łapczywych ustach elfa; to samo stało się z wodą. Taca szybko stała się pusta, ale elf nie powiedział ani słowa, niemo wpatrując się uważnym wzrokiem w ciemne oczy orka stojącego przed nim. Tak było za każdym razem, gdy przynosił mu posiłek. Ugluk zdecydowanie nie lubił takich pewnych siebie więźniów i tym razem nie miało skończyć się jedynie na zwykłych pogróżkach.
- Gadaj, gdzie ukrywa się ten tchórz Aragorn! - wstrząsnął, podrywając do góry ciemnowłosego elfa za poły poplamionej koszuli. - Nie mam ochoty dłużej się z tobą droczyć Glorfindirze!
- Prędzej zginę, niż zdradzę Aragorna, syna Arathorna, potomka wielkich królów. - odparł że stoickim spokojem elf, nie odczuwając strachu przed poszczerbionym ostrzem Ugluka przytkniętym do jego gardła. - Nigdy nie wydam wam miejsca jego pobytu.
Doprowadzony do granic cierpliwości Ugluk już chciał jednym ruchem pozbawić Glorfindira głowy, gdy nagle z ciemności korytarza potężne zwierzę wytrąciło mu broń z dłoni. Trzymany wcześniej elf upadł na ziemię, zaraz obok miecza. Kajdany zabrzęczały głucho po zderzeniu z posadzką.
- Myślę, że działasz zbyt pochopnie, Ugluku - dało się słyszeć niski, męski głos. - Sauron z pewnością nie byłby zadowolony z tego, że zginął jeden z najważniejszych szpiegów Śródziemia.
Z cienia wyłoniła się szczupła, lecz dobrze zbudowana młodzieńcza sylwetka odziana w lekką, ciemną zbroję i czarny płaszcz luźno zwisający na barkach. W zielonych oczach tliły się pomarańczowe ogniki, odbijane z dopalającej się pochodni umieszczonej na metalowym haku, a w
półmroku błysnęły wygięte w uśmiechu białe zęby.
- Panicz Harry - zaśmiał się nerwowo Ugluk, czym prędzej chowając miecz do pochwy i kłaniając się niechlujnie. - Co panicza tu sprowadza?
Harry oparł się nonszalancko o ścianę, przekrzywiając głowę w bok tak, że loczki swobodnie opadły na jego czoło.
- Przyszedłem nakarmić Gaarta - powiedział beztrosko, opierając dłoń na łbie Shadow'a, którego Ugluk zauważył dopiero po chwili. Ach, no tak. To pewnie on wytrącił mu ostrze z rąk, przy okazji nieźle kiereszując mu nadgarstek swoim ogromnym cielskiem. Zwierzę rzeczywiście było jak cień. Ciche, szybkie i niezauważalne.
- Uhm, no tak - zmieszał się ork, podnosząc tacę z ziemi, nie zwracając uwagi na tępy ból w nadgarstku. - Rzeczywiście to już czas karmienia smoków.
Bez skrupułów chwycił Glorfindira za płaszcz i wrzucił jego wątłe ciało z powrotem do celi. Elf nie odezwał się ani słowem, gdy metalowe kraty głośno zabrzęczały przy zamykaniu.
- To ja może już lepiej pójdę - Ugluk skłoniwszy się szybko, odwrócił się na pięcie i czym prędzej czmychnął w głąb korytarza, ginąc w półmroku.
Harry spojrzał w czujne oczy karagora i delikatnie podrapał zwierzę ze uszami. Shadow odpowiedział cichym pomrukiem.
- Czas na nas - powiedział chłopak, przerzucając pelerynę przez ramię. - Jeszcze trochę i Gaart zmieni nas w kupkę popiołu - zaśmiał się i otworzył drzwi do smoczych stajni. Karagor posłusznie ruszył za swoim panem.
Glorfindir został sam, wsłuchany w odgłos kapiących kropel, w dłoni mocno ściskając jedyną nadzieję swojego ratunku.
Zawieszony na ciemnym rzemyku połyskujący klucz, który zgubił Ugluk.
"Czas uciekać".
Czarne, długie skrzydła poruszyły się niespokojnie. Ktoś tu był. Tak. Jego zapach wyraźnie unosił się w powietrzu.
Smok delikatnie otworzył jedno oko, starając się zachować pozory, że nadal jest pogrążony we śnie i nieśpiesznie spojrzał w prawo. Ciche mruknięcie opuściło jego gardło. To znowu ten kundel. Shadow zaszczekał radośnie, widząc że Gaart już się obudził i zamerdał ogonem układając się u jego potężnych łap. Smok ze znudzeniem podniósł łeb, ignorując łaszącego się karagora. Czy wspominał już o tym, że nie znosi tego śmierdzącego kundla?
- Ktoś tu wstał dziś lewą nogą, co? - uśmiechnął się Harry, wychodząc zza rogu z dorodnym okazem mięsa przewieszonego przez ramię. - A nie, przecież ty zawsze jesteś takim gburem.
Gaart zmrużył brwi w geście oburzenia, ale po chwili spotulniał gdy jedzenie wylądowało przed jego zębami. Już chciał wgryźć się w mięso, gdy zauważył błagalne oczy Shadowa wbite w niego. Do tego te opuszczone uszy i zwieszony łeb. Gaart gdyby tylko mógł przewróciłby teraz oczami, ale litując się nad tym darmozjadem, delikatnie urwał kawałek posiłku i rzucił mu pod nos. Niech ma i zostawi go w spokoju, kiedy będzie w końcu mógł zabrać się za śniadanie.
- Mamy dziś zwiad, stary - mruknął Harry, muskając palcem srebrzystą łuskę na grzbiecie smoka. W tym miejscu czarny kolor ustąpił miejsca ciemnemu granatowi, co nadawało Gaartowi nuty elegancji. Nie żeby Gaart i tak nie szczycił się genialnym poczuciem manier, zwłaszcza w stosunku do młodego karagora.
- Myślę, że przelecimy się nad zachodnią granicą, co ty na to?
Smok spojrzał na niego swoim wyrozumiałym spojrzeniem złotych ślepi, i jego jeździec ujrzał w nich potwierdzenie swoich słów.
- W takim razie powiadomię ojca i ruszamy w drogę - Harry klepnął go po skrzydle i zagwizdał na Shadowa, który niechętnie pobiegł za panem, co chwilę odwracając się w stronę gigantycznego czarnego cielska, ułożonego pod masywną ścianą.
Szczeknął smutno, ale smok jedynie wypuścił kłąb pary z nozdrzy, sprawiając że karagor przyspieszył kroku i po chwili zniknął za drzwiami.
"Chwila spokoju" pomyślał Gaart zwijając ogon na posadzce i krzywiąc się, gdy zobaczył kłębek burej sierści, tak mocno pachnącej denerwującym karagorem.
"Paskudny sierściuch" parsknął, przeklinając swój wyczulony węch i wypuścił mały snop ognia, który zmiótł małą kulkę.
"Tak lepiej". Zadowolony przymknął powieki i zapadł w krótką drzemkę, śniąc o gonitwie za karagorami i paleniu ich śmierdzącego futra.
➰shadow of Mordor➰
- Czeka go upadek, magu - ostrzegł duch. - Tej nocy grozi mu ogromne niebezpieczeństwo.
Breanainn słyszał odgłosy ucztujących tłumów orków, dobiegające zza okna. Blask pochodni lśnił zza szyby, a wiwatujące postacie sługusów Saurona, świętujące po udanych łowach na trolla, zlewały się w jedną ciemną masę na dziedzińcu. Zataczając się, krążyli wokół ogromnego cielska, bardziej zajęci żłopaniem piwa niż patrzeniem pod własne nogi.
- Z czyjej strony? - Breanainn skupił ponownie uwagę na swoim widmowym gościu. Duchy twierdzy Durthang były tak liczne, że nie przypominał sobie by kiedykolwiek widział tego konkretnego - mężczyznę o pociągłej twarzy z opadającymi powiekami, którego staromodny strój świadczył o tym, iż był on strażnikiem na tych ziemiach ponad dwieście lat temu. Zjawa zamigotała i próbowała powiedzieć coś więcej, ale nic nie było słychać. Breanainn pochylił się jeszcze bardziej. Dziś akurat duch powinien być łatwiejszy do zobaczenia, bowiem w trakcie zaćmienia księżyca, duchy chodziły otwarcie po świecie i nawet sceptycy nie mogli udawać, że ich nie widzą. Duchy z twierdzy były przyjaciółmi Breanainna od czasów jego dzieciństwa, zanim jeszcze zrozumiał, że ci niematerialni towarzysze nie byli tak łatwo widoczni dla osób z jego otoczenia.
- Duchy… Wygnane - wykrztusił wreszcie znikający duch. - Strzeżcie się… Elfa z blizną.
Breanainn z trudem uchwycił ostatnie słowa rozwiewającej się zjawy. Zaintrygowany przysiadł na piętach, a jego miecz zastukał o kamienną posadzkę. Głośne pukanie sprawiło, że o mało co nie stracił równowagi.
- Co tam robisz? A może nie jesteś sam? - zażartował sobie przez drzwi Harry. Zasuwka się podniosła i jego najlepszy przyjaciel wparował do środka.
- Jestem teraz sam - odparł Breanainn, zerkając na miejsce, gdzie przedtem znajdował się duch. Harry przeniósł spojrzenie z maga na pustą ścianę.
- Wciąż Ci powtarzam, Bren - rzekł młodzieniec - że powinieneś więcej wychodzić do ludzi. Ja nie mam ochoty na pogaduszki z duchem… chyba że będzie to ładna dziewczyna z kuflem piwa.
Breanainn tylko się uśmiechnął.
- Czy widziałeś duchy dziś w nocy?
Harry zastanawiał się przez chwilę.
- Właściwie, jak już o tym wspomniałeś, to nie tyle co zwykle. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mamy zaćmienie księżyca. - Rozpromienił się. - Ale wiesz jak one przepadają za ciekawymi historiami. Są pewnie na dole i słuchają jak Murdag snuje swoje opowieści. - Pociągnął Breanainna za rękaw. - Chodź. Nie ma takiego prawa, które mówi, że magowie też nie mogą się zabawić. Jeszcze możesz przegapić spotkanie z miłością swojego życia w sali biesiadnej!
Młody czarodziej popatrzył na Harrego z politowaniem. Obydwoje dobrze widzieli, że o ładną kobietę w Mordorze równie ciężko, jak o czyste niebo. Harry przynajmniej latał na zwiady i mógł od czasu do czasu zobaczyć z góry pracujące zaraz przy granicy mieszkanki Gondoru. Breanainn nie miał tyle szczęścia. Zazwyczaj był potrzebny tu na miejscu, aby rozmawiać z duchami, praktykować zaklęcia i zaglądać w przyszłość.
Urodził się z wyjątkowym darem i wiedział, że grzechem byłoby go nie wykorzystać. Pod skrzydła Annatara trafił mając jedenaście lat i do tej pory nie mógł zapomnieć jak dumny był z tego powodu jego ojciec. Syn podrzędnego kucharza w twierdzy przywoływaczem dusz! Na początku nie rozumiał dlaczego jego rodzice oddają go zupełnie obcym ludziom na wychowanie, ale już wtedy wiedział, że jest inny. Poraz pierwszy ducha zobaczył gdy był jeszcze bardzo mały. Była to dziewczynka mniej więcej w jego wieku, siedziała u niego na parapecie i nuciła jakąś melodię. Wyglądała na smutną, jej twarz była blada i ściągnięta bólem. Zastanawiał się jakim cudem zdołała ona wejść do jego pokoju. W końcu był środek nocy, okno miał zamknięte, a drzwi zaryglowane. Jego matka spała w fotelu w rogu pomieszczenia i pomimo wyraźnego śpiewu dziewczynki się nie wybudziła. Wystawił stopy poza kołdrę i ostrożnie zaczął się do niej zbliżać. Dopiero z bliższej odległości dostrzegł coś dziwnego. Mógł przez nią patrzeć. Była zupełnie przezroczysta.
Takich incydentów z biegiem czasu było tylko coraz więcej. Niejednokrotnie próbował mówić o tym rodzicom, ale oni zawsze zbywali go, tłumacząc to wymysłami dziecka i zbyt wybujałą wyobraźnią. Na początku zjawy nie ingerowały w żaden sposób w jego życie, pojawiały się jedynie na krótkie chwile, by po chwili zniknąć jak gdyby nigdy ich nie było. Rzadko się odzywały, zazwyczaj patrzyły na niego w milczeniu i wtedy miał wrażenie, jakby zamarzało mu serce. Wraz ze zjawami zawsze pojawiał się przenikliwy chłód, czasami szron delikatnie osiadał mu na rzęsach i brwiach. A potem odkrył, że potrafi z nimi rozmawiać. Co prawda niechętnie odpowiadały na jego pytania, ale nie były już takie zimne, odległe i nieprzystępne. I dzieliły się z nim naprawdę cennymi informacjami.
Takim oto sposobem dowiadywał się o przyszłości. Zaczęło się od drobnych, potocznych spraw jak to, że wracając do domu potknie się o wystający na drodze kamień, że następnego dnia w południe spadnie deszcz albo że jego matka cerując koszulę ukłuje się igłą w kciuka prawej ręki. Ale kiedy nadeszły jego dziesiąte urodziny nastąpił punkt zwrotny. Miał widzenie dotyczące przebiegu jednej z bitew, które nieustannie Mordor toczył z armią Gondoru na wschodniej granicy. W swoich snach zobaczył, że ich przeciwnicy mają w zanadrzu tajną broń, nieogłoszony nigdzie dotąd i podpisany potajemnie kontrakt pomiędzy Denethorem a Elrondem, na mocy którego podczas bitwy na Obrzeżach Durthrangu oddział elfów schowany za wzgórzem zaatakuje niczego niespodziewającą się jednostkę elitarnych orków pod osłoną nocy. Było z góry wiadomo jak ogromne straty dla Mordoru przyniosłyby takie działania. Nie bez powodu tworzenie takich jednostek trwało ponad rok. Sauron przykładał ogromną wagę do tego procesu, powierzając pilnowanie go najwybitniejszym z Nazguli, którzy nie opuszczali wtedy twierdzy dniem i nocą, by być pewnym, że wszystko przebiega jak należy.
Breanainn miał złe przeczucia. Jakaś nieznana mu siła wypchnęła go z łóżka i w samej koszuli nocnej wybiegł z domu gnając co sił w stronę głównej bramy. Stopy miał bose, kamienie boleśnie wbijały mu się w skórę, ale nie przestawał biec wiedząc, że te informacje muszą zostać przekazane dowództwu jak najprędzej.
Gdy dotarł w końcu do masywnych wrót jedyne co czuł to strach, zapach własnego potu i odór pozawieszanych wszędzie dookoła przynęt na karagory, od którego automatycznie go mdliło. Resztę wydarzeń pamiętał jak przez mgłę.
Ostatecznie udało mu się dotrzeć przed oblicze samego Annatara. Najbardziej zaufany pomocnik Saurona patrzył sceptycznie na trzęsącego się z zimna, obdartego chłopaka, który stał właśnie przed nim i opowiadał zawzięcie załamującym się głosem o tym, co widział. Ale Annatar wiedział jedno: żaden dzieciak nie mógłby zmyślić czegoś takiego, chyba że miałby wcześniej dostęp do szczegółowych planów i rozkładów sił Mordoru, które w tym momencie leżały schowane głęboko w jego biurku w Dziurze Uruków i nie było mowy, by ktoś oprócz niego zdołał je przeczytać. Zaufał więc temu niespodziewanemu posłańcowi i postawił los swojej armii na jedną kartę. I decyzja ta okazała się słuszna.
Od tej pory Breanainn stał się najbardziej pożądanym informatorem w całym Mordorze, a z czasem ujawniały się jego kolejne niesamowite zdolności. Ostatecznie rangą prześcignął niejednego dowódcę Uruków i pozostawał niższy stopniem jedynie od samych Nazguli i ich potomków. Władał magią, potrafił zapalić świece nie używając ognia, siłą woli przesuwać przedmioty, wzrokiem torturować więźniów, wywołać burzę czy trzęsienie ziemi, stać się niewidzialny, a nawet jednym pstryknięciem palca skręcić komuś kark. Oczywiście każda z tych magicznych czynności mniej lub bardziej wysysała z niego siły witalne i po każdym większym zaklęciu musiał odpoczywać i dochodzić do siebie. To sprawiało, że jego zdolności były wykorzystywane tylko wtedy kiedy trzeba, ale ostatnimi czasy zdarzało się to na tyle często, że większość dni spędzał w łóżku, co jeszcze bardziej oddalało go od życia społecznego. Może tym razem rzeczywiście nic by się nie stało gdyby trochę odpuścił i dał się zaciągnąć Harremu na dół.
- No dobrze, zejdę – uśmiechnął się, widząc podekscytowaną minę przyjaciela. - Ale musisz mi obiecać, że to będzie tylko jedno piwo!
- Dobrze wiesz, że nigdy nie kończy się na jednym! - krzyknął wesoło Harry, obejmując go za szyję i ściskając mocno. - Dzień był długi, ale noc będzie jeszcze dłuższa!
Breanainn obrócił się jeszcze szybko za siebie, by popatrzeć na iskrzące się powietrze w miejscu, gdzie wcześniej widział strażnika, ale zdążył już zapomnieć o złowrogo brzmiącej przepowiedni i dał się zaciągnąć na dół do śpiewu, muzyki i orków, którzy raz na jakiś czas potrafili się stać zadziwiająco ludzcy.
➰shadow of Mordor➰
Lekko chwiejnym krokiem wstał od stołu z zamiarem ponownego udania się w stronę beczki piwa po kolejną porcję złotego napoju. Zadanie, jakie sobie wyznaczył, okazało się jednak trudniejsze niż myślał. Kolory tańczyły mu przed oczami, głośna muzyka szumiała w uszach, złapał się na tym, że nie rozróżnia już orków ściśniętych w sali biesiadnej. Wszyscy zlewali się w jedną masę głów, zbroi, kufli i kończyn. Ludzi w tej zbieraninie było zdecydowanie mniej niż produkowanych masowo sługusów Saurona. Harry już dawno zniknął mu z oczu, nie potrafił sobie przypomnieć gdzie widział go poraz ostatni. Koło kominka słuchającego opowieści? W pobliżu stołu do gier, obstawiając kolejne zakłady? Sam już nie wiedział, wszystko wydawało się być takie odległe i zamazane.
W pewnym momencie poczuł jak ktoś gwałtownie wpada na niego z lewej strony. Zatoczył się chwiejnie, jedną ręką zdążył podeprzeć się o stół, a jego wzrok automatycznie powędrował w stronę napastnika, ale jedyne co zdążył zarejestrować to ciemny długi płaszcz i... spiczaste uszy. Widok ten podziałał na niego jak kubeł lodowato zimnej wody. Pojawiło się tak dobrze mu znane ostrzegawcze mrowienie w palcach. Magia defensywna powoli zaczęła zbierać się pod jego skórą, jakby wyczuwając, że ten który nią włada, może znajdować się w niebezpieczeństwie. Umysł jeszcze przez chwilę pozostawał jakby za mgłą, dopóki ze zdwojoną siłą nie uderzyły w niego wspomnienia z ostatniej rozmowy z duchem i ostrzeżenie. Elf z blizną...
Zerwał się na równe nogi w głowie mając tylko jedno: nie stracić napastnika z oczu. Przepychał się przez rozbawiony tłum, widząc jedynie wynurzające się na parę chwil skrawki ciemnego materiału spomiędzy ściśniętych osób, oddech przyspieszył, gdy całe jego ciało wypełniła adrenalina. Zdenerwowany odpychał kolejne pijane ciała, które nie stawiały większego oporu pod naciskiem jego dłoni. Był tak blisko ale jednocześnie tak daleko. Wciąż na wyciągnięcie ręki, a jednak tak nieuchwytny. Z każdą sekundą zdawał się oddalać coraz bardziej i bardziej i w momencie kiedy Breanainn już miał nadzieję, że go dopadł, elf jakby rozpłynął się w powietrzu, a mag napotkał przed sobą lodowatą bryłę kamiennej ściany. To niemożliwe, pomyślał, zaciekle mrugając powiekami. Niemożliwe. Przecież ten elf dopiero tu był! Przed nim, żywy i prawdziwy, z krwi i kości. Uderzył pięścią w skałę, mając jeszcze ostatni płomyk nadziei, że może to tylko głupia iluzja, że tam zaraz ukryte jest kolejne pomieszczenie, że wcale mu się nie przewidziało. To nie mógł być skutek alkoholu. Nie czuł się aż tak pijany, żeby wymyślić coś takiego, nie czuł się na tyle zdolny, by jego wyobraźnia aż tak go oszukała. A magia? Przecież to był niepodważalny znak, że dzieje się coś niedobrego. Chyba, że to też mu się tylko zdawało... Im dłużej o tym myślał, tym mniej logiczne się mu to wydawało. Sfrustrowany już chciał odwrócić się na pięcie i wrócić do swojego stolika, gdy do sali przez boczne drzwi wpadł zdyszany i wymachujący rękami Orgaf.
- U... Uciekł - wyrzęził ledwo dysząc, głos uwiązł mu w gardle, a serce biło jak oszalałe. Nie wiedząc czy w ogóle ktoś go usłyszał pośród tego zgiełku, ostatkiem sił nabrał powietrza w usta i krzyknął jak najgłośniej. - Glorfindir uciekł!
Momentalnie zrobiło się cicho. Naraz w stojącego w progu orka wbiło się tysiąc zdumionych, przerażonych spojrzeń. Nie było słychać już muzyki, wesołych rozmów, nikt nie jadł, nie pił, nie świętował. Została ogłuszająca, penetrująca wszystkich cisza, od której można było dostać zawrotów głowy.
Breanainn wiedział jedno. Gdy pełni się wartę, dokłada się wszelakich starań, by powierzeni ci więźniowie pozostali na swoich miejscach, za żelaznymi kratami, za bramą i w swoich czterech zimnych, obdartych ścianach. Jeśli któremuś z nich jakimś cudem uda się zbiec, staje się wyłącznie w jednym miejscu. Na drewnianym podeście, nad głową mając jedynie cicho kołyszący się na wietrze sznur, czekający tylko na okazję, by opleść twoją szyję i unieść Cię wysoko w niebo, aż do momentu, gdy oddech, który zaczerpniesz okaże się Twoim ostatnim. Breanainn wolał nawet nie myśleć, co się dzieje z tymi, którzy na wolność wypuszczą kogoś znacznie ważniejszego i cenniejszego, niż podrzędny więzień. Pomimo tego, w jego głowie pojawił się wyraźny obraz tego, co może stać się z Orgafem.
I w tej samej chwili poczuł, że jej nóż oparł się o jego mostek.
- Ugluk, mam chrypkę. Ale serio, czuje że będę chory.
- Nie wierzę... - starszy strażnik wywrócił oczyma.
- No mówię ci, czuję w kościach że to coś poważnego. Może to ta epidemia?
- Volg już to miałeś. Nie możesz chorować na to samo kilka razy z rzędu!
- No to co? A jak nie miałem?
- Ciebie nie da się zabić, zakłóciłbyś balans w przyrodzie. Wiesz, tak jak słońce musi mieć cień. Zresztą jak tak jęczysz to wszystko jest w porządku.
- Niby czemu? - ork nadymał policzki.
- Bo jak ględzisz to znaczy, że wszystko ok. Jak milczysz to jest dopiero coś mocno niepokojącego.
Ugluk niechętnie podniósł się z krzesła, żeby rozprostować nogi i w duchu przeklinał wszystkich na raz i każdego z osobna za fakt, że do wspólnej warty przydzielono mu tego bojaźliwego podrostka. Gdyby orkowie mieli matki, Volg byłby maksymalnie na etapie odłożenia od piersi.
- Gdybyśmy nie byli tutaj tylko we dwóch, już dawno bym się do ciebie nie odzywał - burknął pod nosem Volg i wrócił do bezmyślnego strugania kawałka większej gałęzi. Kolejny wycinek drewna spadł na pachnącą świeżością kupkę.
- Co to będzie? - zagadnął jakby od niechcenia Ugluk, ale przepełniała go ukryta wewnętrzna ciekawość.
- Nie wiem - odparł mu Volg. - Coś może będzie.
- Aha - przytaknął starszy ork. - To po co strugasz, jak nie wiesz?
- A czy wszystko musi mieć jakiś cel? Albo sens?
Ugluk wsunął sobie do ust źdźbło słomy.
- Zawsze ma, nawet jak tego nie widzimy.
- To co mi niby wyjdzie? - spytał szyderczo młodszy.
- Może coś, może nic. Sens nadal gdzieś jest - wystawił twarz do księżyca. - Za dużo myślisz Volg - uśmiechnął się zaczepnie i dodał - Jak na półgłówka, oczywiście.
- Tego już Ci nie…
Ugluk spodziewał się jakiejś ciętej, może nie do końca mądrej riposty ze strony współstrażnika, ale zamiast niej usłyszał jedynie cichy bulgot, a Volg z przerażeniem w oczach złapał się za gardło. Sekundę później pod ogromnym ciśnieniem buchnął z niego strumień świeżej krwi.
- Co do... - zdezorientowany Ugluk zachwiał się, ocierając zachlapaną twarz. Niezdarnie i na oślep wyciągnął z pochwy wyszczerbiony miecz i ze zdziwieniem stwierdził, że ktoś stojący przed nim zręcznie chwycił za jego ostrze. Gołymi rękoma.
- Zabawne, los jest taki przewrotny - zabrzmiał opanowany głos, a serce Ugluka stanęło w ułamku sekundy. - Kto by się spodziewał, że kiedyś ty znajdziesz się po drugiej stronie.
- Glorfindir? Jak... - potężne uderzenie pozbawiło go całego powietrza w płucach. Przewrócił się na bruk, próbując nerwowo złapać oddech. Skąd w tym wychudzonym, głodzonym przez wiele miesięcy elfie tyle siły?
- A czy to ważne? - elf stanął na jego klatce piersiowej, nie pozwalając mu się ruszyć. - To i tak nie zmieni sytuacji, w której się znajdujesz. Zginiesz prędzej czy później. Właściwe pytanie brzmi: czy zdążysz się jeszcze na coś przydać?
Ugluk zerknął mimowolnie na jeszcze ciepłe ciało Volga opierające się o mur. Wciąż świadome oczy błagały o ratunek, ale śmierć jego towarzysza byłą tylko kwestią czasu. Wystarczyło popatrzeć na powiększającą się z każdą sekundą ciemną plamę krwi.
- Nie mogłeś uciec... - wychrypiał. - Tylko ja miałem...
- Klucz? - szyderczy uśmiech wpełzł niczym oślizgła jaszczurka na wąskie usta Glorfindira, gdy ten wyciągnał z kieszeni płaszcza błyszczący metalowy przedmiot. Ucałował go delikatnie, wręcz z nabożnością i odwrócił w stronę orka. - Nie pamiętam zbyt dobrze, w celi było tak ciemno, ale wyglądał niesamowicie podobnie do tego, prawda?
Ugluk odruchowo przyłożył rękę do poplamionej koszuli i ze zdziwieniem stwierdził, że nie wyczuwa niczego pod spodem. Momentalnie wypełniła go rezygnacja i wyrzuty sumienia. Sam sobie był winien. Tylko i wyłącznie on sprowadził na siebie taki koniec.
- Przejdźmy do konkretów - mruknął wyraźnie poirytowany i zniecierpliwiony elf. - Jestem przekonany, że ktoś już zdążył odkryć moje zniknięcie, dlatego czasu mam coraz mniej, a szansę tylko jedną - przykucnął, wpatrując się w Ugluka badawczo. - Gdzie znajdę Annatara?
Ork tylko zacisnął zęby i odwrócił wzrok.
- Wiesz, że to ci nic nie da, prawda? Wyciągnę te informacje z ciebie, choćbym miał cię wypatroszyć, krok po kroku, wnętrzności po wnętrznościach, a na sam koniec nabić na jakiś pal i patrzeć powoli, dopóki nie wyzioniesz ducha. Proponuję ci szybką i na ile to możliwe, bezbolesną śmierć. Zdaje się, że to całkiem uczciwy układ, jak za jedną małą informację, nie sądzisz?
- Umrzeć szybko, ale bez honoru jest o wiele gorzej, niż zginąć dochowując wierności temu, komu się służy - Ugluk splunął gniewnie pod buty Glorfindira.
- A od kiedy to orki są tak przepełnione lojalnością - zadrwił elf, nawet nie ocierając podeszwy. - Myślisz, że Saurona w ogóle obchodzi fakt, czy ktoś jest mu posłuszny czy nie? Na miejsce jednego zdrajcy może wyprodukować sobie dziesięciu kolejnych, tak samo zaślepionych sługusów. Chociaż czasami wcale wam się nie dziwię, powstajecie tylko po to, żeby służyć. Skąd macie wiedzieć, że istnieje coś poza tym?
Ciemnowłosy zamarł na chwilę wpatrując się w krajobraz przed nim. Las kamieni okolony pagórkami porośniętymi nielicznymi trzcinami. Zachmurzone, stalowo-szare niebo. Wszystko to wydawało się takie ciche i spokojne, w pewnym momencie nawet zrobiło się mu Ugluka żal. On tylko wykonywał rozkazy; tak jak i on miał określoną misję do wypełnienia. Wrażenie to jednak minęło, gdy tylko przypomniał sobie o celu swojego zadania. Odwrócił się do orka kulącego się na ziemi. W jego niebieskich oczach nie było żadnych uczuć, nie tylko litości, czy satysfakcji z zadawanego mu bólu. Po prostu niczym nieograniczona nicość.
- Życie jest puste - odezwał się do krótko. - Nie ma znaczenia. Jest tylko formą energii, która ulatuje, znajduje nowy kształt i tak w kółko. Zatem zabierając życie nie robimy nic złego, to naturalny cykl przemian energii jednego ciała w drugie. Ja muszę zabić Annatara, taka już jest kolej rzeczy, nic na to nie poradzę. Więc bądź dobrym orkiem i powiedz mi w końcu, gdzie on jest.
Ugluk zawahał się i zaczął intensywnie myśleć. Jego początkowa pewność siebie gdzieś zniknęła, z każdym słowem Glorfindira nabierał nowych wątpliwości. Musiał niechętnie przyznać, sam przed sobą, że pewnie dla Annatara nie miał żadnego znaczenia. Był jak mikroskopijna mrówka, oddana i pracowita, ale nie niezastąpiona. I takich jak on było tysiące. Nie opuścił nigdy twierdzy, zawsze robił tylko to, co mu kazano, mało kto się kiedykolwiek nim zainteresował, nigdy nie zaznał godnego życia, więc może chociaż zasłużył na godną śmierć.
Pogodziwszy się już całkowicie ze swoim losem, odparł cicho.
- Zachodnie skrzydło, koło zbrojowni. Jedyne metalowe drzwi jakie zobaczysz. Później schodami w dół. Tam go znajdziesz.
- Dziękuję – elf położył mu dłoń na ramieniu i delikatnie poklepał. - Dobrze wiedzieć, że zostało w w was jeszcze trochę przyzwoitości – i nie pozwalając orkowi na żadną odpowiedź, precyzyjnym ruchem wbił mu sztylet w serce.
Ugluk nawet nie mrugnął. Tylko jego oczy zaszły mgłą. Gdyby przyjrzeć się mu bliżej, można by stwierdzić, że na jego ustach pozostał ledwo zauważalny uśmiech.
Glorfindir podniósł się z klęczek i otrzepał zakurzone spodnie. Sztylet zręcznie wytarł o kawałek płaszcza i schował do pochwy, wdychając głęboko nocne, orzeźwiające powietrze. Czy tak pachniała woń zwycięstwa? Było już namacalna, wyczuwalna, wystarczyło tylko po nią sięgnąć, by pławić się w blasku zwycięstwa. Napełniony ekscytacją, upojony dotychczasowym zwycięstwem skupił swój wzrok na zachodnich murach wyłaniających się z ciemności po drugiej stronie dziedzińca.
Nadszedł czas by w końcu wypełnić swoją misję.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz